Stowarzyszenie Pomocy Dorosłym Ofiarom Nadużyć Seksualnych w Dzieciństwie KONIEC MILCZENIA logo
Strona Główna | LISTY

LISTY DO OPRAWCÓW
List 2
Jurku,

Zwracam się do ciebie po imieniu, bo żadnym ojcem dla mnie nie byłeś. Interesowałeś się mną tylko wtedy, gdy potrzebowałeś zrobić mi krzywdę. Piszę: „potrzebowałeś", choć myślę, że też i chciałeś, bo gdybyś nie chciał mnie krzywdzić, nie robiłbyś mi tego. Nie wiem, czy musiałeś odreagowywać na mnie swoje frustracje i nie załatwione problemy wewnętrzne, czy nie. Robiłeś to, i już. Choć od piętnastu lat wąchasz od spodu bluszcz rosnący na twoim grobie, mam do ciebie, zasolony smutkiem, ocean żalu, złości i nienawiści. Już dawno w moim zdrowieniu przyszła pora, bym wylał go z siebie. O wiele za długo noszę ten trujący śmietnik, w jaki wyposażyłeś mnie na życie. Zasługiwałem na coś wręcz odwrotnego.

Cofając się pamięcią widzę, że im byłem mniejszy tym gorzej mnie traktowałeś. Jeszcze gdy byłem w łonie matki, kopałeś ją w brzuch, wrzeszcząc do niej: „"Ja tu zrobię porządek z tobą i z tym twoim BĘKARTEM!" Choć słusznie podejrzewałeś, że ona zdradza cię na prawo i lewo, ja jednak, biologicznie, jestem z twojego plemnika. To, być może, jedyna twoja „zasługa." Jak mogłeś witać mnie na świecie kopniakami?! Lubiłeś kopać, pamiętam, to wymowniejsze od ciosów rękami. Kiedy miałem trzy latka i wszedłem do kuchni, płacząc i prosząc, byś nie awanturował się z matką i nie bił jej, i kiedy matka, wrzeszcząc na mnie, kazała mi natychmiast wyjść, i jak odwróciłem się, zastosować się do jej rozkazu, dostałem od ciebie takiego kopniaka, że wyleciałem przez drzwi i upadałem na podłogę w przedpokoju. Pamiętam moje małe rączki na deskach, tuż przed twarzą. Byłeś ode mnie kilka razy większy i cięższy, ziałeś furią i nienawiścią jak smok, a twoja stopa miała dla mnie wielkość kowadła. Nic cię nie obchodziło, że leżałem tam, - ja, twój syn - na twarzy, bezskutecznie próbując wstać i nie rozumiejąc, dlaczego nagle nie umiem. Nie wiem kiedy się podniosłem i czy o własnych siłach. Jak o tym myślę, czuję, że chętnie dałbym ci teraz - na „rozpęd" - takiego kopa, że przeleciałbyś niebo na wylot. I nawet Pan Bóg by cię nie wyłapał. Tak silny jest mój gniew na ciebie i oburzenie.

W odróżnieniu od matki, ty nie biłeś mnie codziennie, nawet nie co tydzień - nie interesowałeś się mną aż tak często. Ale gdy ona chciała mnie dotkliwiej ukarać, zlecała bicie tobie, a ty, zamiast mnie przed nią chronić, byłeś jej esesmańskim kapo. Pamiętam pas w twoim ręku, kiedy indziej połamałeś na mnie drewniane ramiączko. (Obnażony, leżałem na łóżku, bojąc się, że nie przeżyję tego lania, gdy ty smagałeś mnie z całej siły po gołej pupie i nogach.) Właściwie to chciałem wtedy umrzeć, by mieć z głowy was i to straszne życie. Twoje sapanie przy biciu przypominało sapanie z rozkoszy seksualnej... Przyznaj się, podniecała cię przemoc? Dzisaj zastanawiam się, do czego służył pogrzebacz trzymany w łazience, skoro w mieszkaniu nie było pieca? Bałem się zaglądać pod wannę, gdzie zwykle leżał... Choć coś mi mówi w głębi, że to jednak matka używała go na mnie, mam wewnętrzną pewność. Jeśli tak, co ty na to? Kibicowałeś? Chowałeś głowę pod kołdrę jak prawdziwy mężczyzna?

Oprócz kopniaków i twardych przedmiotów biłeś mnie także pięściami. Na przykład, gdy rysowałem, a później uczyłem się pisać, z sadystyczną rozkoszą zakradałeś się za moje plecy i pięścią waliłeś mnie z tyłu, niespodziewanie, w kark, plecy lub szyję, rzucając warkliwe: „Nie garb się" lub „Nie pisz nosem." Nigdy nie udawało mi się upilnować tego momentu, gdy cicho wchodziłeś i stawałeś za mną, czekając aż zniżę zanadto głowę nad kartką, mimo że za wszelką cenę starałem się ustrzec przed kolejnym ciosem. Triumfowałeś, zostawiając mnie w poczuciu bezsilności i w przekonaniu, że należą mi się twoje razy, bo nie jestem taki, jak trzeba lub czegoś nie robię tak jak trzeba. Powtarzałeś, że musisz „wykierować mnie na ludzi", co znaczyło, że ciągle jestem zbyt „miękki" i wrażliwy.

Kazałeś mi biegać za sobą schodami na szóste, wysokie piętro i nie wolno mi było potem mieć przyspieszonego oddechu ani tętna. Sprawdzałeś i szydziłeś jaki to ze mnie mięczak i słabeusz. Przez to wstydziłem się siebie i starałem się jeszcze bardziej zasługiwać. Dzisiaj rozumiem moje późniejsze próby biegania maratonów... do zarżnięcia organizmu. I nie dobieganie do mety. Zarazem były to może też symboliczne próby ucieczki od ciebie, na co nie mogłem pozwolić sobie w wieku kilku lat.

Nigdy nie spełniałem twoich „oczekiwań." Kiedyś wysłaliście mnie do sklepu po coś i były to moje pierwsze samodzielne zakupy. Na podwórku (nie znałem nikogo z podwórka, bo nie puszczaliście mnie do żadnych dzieci, nie posłaliście mnie do przedszkola – pełna izolacja) starsi nieco chłopcy, we czterech, skopali mnie i zabrali pieniądze. Wróciłem z płaczem. Skłamałem, że zgubiłem pieniądze; bałem się awantur lub bicia za moją słabość i niezdolność obronienia się przed nimi. Matka jednak coś wyczuła, przycisnęła i musiałem powiedzieć prawdę. Wtedy ty dostałeś szału. Ciskałeś się na mnie wrzeszcząc, że jestem ostatnim tchórzem i frajerem, bo powinienem dać każdemu z nich „w zęby, tak żeby się nogami ponakrywali" i że będąc takim tchórzem „nie mam czego szukać na świecie." A przecież, powinieneś był pocieszyć mnie, a potem iść ze mną odszukać tych chłopców i stanąć w mojej obronie. Wychodzi na to, że to ty się bałeś... czterech ośmiolatków.

Ale interesowałeś się mną nie tylko wtedy, gdy potrzebowałeś mnie uderzyć lub pobić. Interesowałeś się mną także, gdy potrzebowałeś mnie skrytykować, zgnoić psychicznie i zawstydzić. Otrzymywałem od ciebie nienawiść, odrzucenie, mnóstwo złośliwości, krytykę i sadyzm (szukałeś, co mnie najbardziej boli i waliłeś z punkty z tej mapy). Żyłem wśród brutalnych, szyderczych lub subtelnych docinków, jak na przykład twój wieńczący „dzieło wychowawcze" żart, gdy zdałem maturę w twoim mieście i wracałem do domu matki: „Po całym twoim pobycie tu u mnie, to jedynie pan Wasserman1 pozytywnie wyrazi się o tobie." Przestałeś mnie bić, gdy, w maturalnej klasie, oddałem ci. Dopiero taki „argument" do ciebie trafił.

Usilnie starałeś się oddać mnie na pięć lat do wojska (podobno był taki przepis, który to umożliwiał), twierdząc, że tam dadzą mi taki wycisk, że w końcu „wykierują mnie na człowieka," co tobie ponoć się nie udało. Przed maturą wojsko przysyłało mi jakieś pisma z zapytaniami o mnie. Jeszcze dziewięć lat później gdy mnie skreślili ze studiów, pisałeś donosy na mnie do WKU.

Dużo później, gdy ja się rozwiodłem, a ty martwiłeś się, że po twojej śmierci ADM zabierze twoje służbowe mieszkanie w Zakopanem, poprosiłem cię byś zameldował mnie u siebie, dla zabezpieczenia. Zrobiłeś piekielną awanturę, że całe życie cię wykorzystywałem i okradałem, ale teraz nie pozwolisz mi pogrążyć się ostatecznie i „wyeksmitować pod most." Z satysfakcją odmawiałeś także, gdy nalegała matka... i mieszkanie przepadło.

Nie dziwi mnie to twoje kosmiczne skąpstwo, bo najpierw byłeś skąpy emocjonalnie i duchowo. Dopiero po kilkudziesięciu latach życia, gdy sam zostałem ojcem, przekonałem się, że ojcowie mówią dzieciom, że je kochają i wyrażają swoją troskę. Ja mogłem to zrobić mimo braku wzorca – mimo, że ty nigdy mi nie dałeś odczuć miłości. Nigdy nie wziąłeś mnie na ręce, za rękę czy na kolana. Dawałeś mi za to odczuć, jak bardzo mnie nienawidzisz, jakim „zerem" jestem i ile wstydu ci sobą przynoszę. Poza tym emocjonalnie nie było cię wcale. Swoją obecność zaznaczałeś tylko cyklicznymi, cotygodniowymi awanturami.

Siedziałeś pod pantoflem u matki, kompletnie niezaradny i od niej uzależniony, i nieraz miałem uczucie, że ja, dziecko, jestem samodzielniejszy od ciebie. Wspaniały model roli w życiu mi przekazałeś! A ja go nie doceniłem i przyjąłem odwrotny... Pamiętam, że brałeś mnie parę razy na spacer, gdy kazała ci matka, chcąc „odpocząć" ode mnie. Ale żebyś zrobił to z własnej inicjatywy i chęci... Widocznie nie byłem tego wart... Myliłeś się. Byłem, jak każde dziecko, perłą, jednak tą rzuconą przed wieprze. Zasługiwałem na miłość, akceptację, troskę, uwagę i poświęcenie. Nie poznałeś się na mnie – ty, taki wielki i mądry pan mgr inż. Przedwojenny.

Zawiodłeś mnie na wszystkich frontach. Ale najbardziej zawiodłeś, porzucając mnie na emocjonalny i seksualny żer twojej żonie pedofilce, mojej matce. Dobrze wiedziałeś, że jestem przez nią wykorzystywany. Widziałeś to na własne oczy. Stałeś obok, gdy przy przewijaniu mnie matka gwałciła mnie oralnie, a gdy z wymuszonego tym podniecenia popuściłem mocz, odwróciła głowę do ciebie mówiąc: „Co za świnia, nasikał mi do ust!" Palcem nie kiwnąłeś w mojej obronie. Mało tego, sam też mnie wykorzystywałeś, na jej życzenie, gdy chciała lepiej się podniecić widokiem pedofilskiej sceny. Kładłeś mi między pośladki swój członek, a ona stała obok, po moje prawej. Miałem mniej więcej rok, leżałem na stole na brzuszku, a ty trzymałeś mnie za nogi. W uszach dzwoni mi jej zdanie do ciebie: „Jurek, tylko nie zrób mu krzywdy." Porażające, jak sprytnie usunęliście pojęcie krzywdy robionej dziecku poza obszar waszych działań.

Kopulowałeś z matką w orgiastycznych pozycjach, w dzień, na moich oczach, bez żadnego przykrycia (stałem w kojcu). Jasne, „on jest za mały, by cokolwiek pamiętał", powiadała matka. Kopulowałeś z nią w nocy, gdy braliście mnie do swojego łóżka. Leżałeś za matką, na boku i „posuwałeś" ją od tyłu, gdy ona przyciskała mnie do swojego brzucha i obmacywała. Fajniej wam było z żywą „maskotką," nie? Dlaczego, od kiedy wyrosłem z kojca, nie miałem własnego łóżeczka (w późniejszym wieku miałem polówkę rozkładaną w pokoju babci lub przedpokoju). Przecież nie z biedy i braku miejsca.

I ten twój domowy ekshibicjonizm. Stale chodziłeś po domu w opadających gaciach, z pośladkami na wierzchu. Trzymały się na twoim przyrodzeniu, odsłaniając je częściowo, a czasem w całości, wtedy podciągałeś gacie ręką, ale nie za wysoko, podskakując ze śmiechem. Miałeś sprytną wymówkę, że nie nosisz ciasnych gumek, bo ucisk na brzuch jest niezdrowy. Podobno nic nie umiałeś w domu zrobić – ot, antytalent do prac manualnych – ale gumkę umiałeś wypruć i dosztukować, by była odpowiednio luźna.

Wykorzystałeś mnie na wszystkich frontach. Zdradziłeś mnie na wszystkich frontach. Porzuciłeś mnie na wszystkich frontach. Zawiodłeś mnie na wszystkich frontach. Mogłeś być dla mnie inny, ale nie chciałeś. Wiem to, bo choć wyposażyłeś mnie podobnie, jak ciebie wyposażono w dzieciństwie, ja jednak byłem w stanie pokochać mojego syna i - jakkolwiek byłem dysfunkcyjny - interesować się nim, zajmować się nim i troszczyć się o niego, często rezygnując z siebie. Byłem w stanie robić to nawet wtedy, gdy tkwiłem jeszcze w nałogach i w obcym związku. Więc wiem, że w każdej sytuacji można się zdobyć na miłość, na okazywanie jej, tylko trzeba było chcieć. Chcieć kochać i odważyć się okazywać to.

Kiedyś, wieczorem, gdy byłem mały i miałem wysoką gorączkę, wszedłeś do pokoju. Pomyślałeś, że śpię, bo stałeś chwilę, sprawdzając, ale jako ofiara kazirodztwa byłem dobry w udawaniu, więc cię zwiodłem. (Często nie mogłem spać, bo to oznaczało utratę kontroli: ktoś mógłby mnie podjeść). Tak więc myśląc, że śpię, siadłeś koło mnie na stołku i pogłaskałeś mnie kilka razy po główce. Potem cicho wstałeś i wyszedłeś. Fura szczęścia jak na trzydzieści sześć lat. Myślałem, że oszalałeś i straszliwie chciałem zawołać, żebyś został i dalej mnie głaskał. Ale przecież „spałem."

Kiedy mój syn skończył trzy latka, ty wciąż nie wiedziałeś, że masz wnuka. Matka „chroniła" cię przed tą wiadomością, abyś „nie wpadł w szał". W końcu, jak przyjechałeś do niej do Warszawy, powiedziałem ci to. Oczywiście wpadłeś w szał, i oczywiście na całkiem inny temat. Ot awantura jakich w życiu zrobiłeś tysiące, ale byłem po mniej roztrzęsiony tak samo, jak w dzieciństwie. Matka także. Wyżyłeś się i zamknąłeś się w pokoju. W końcu matka, manipulując moim poczuciem winy, kazała mi iść sprawdzić, czy nie zmarłeś na serce, bo „tam jest tak cicho." Wszedłem cichuteńko i co zobaczyłem... Siedziałeś tyłem do drzwi, z twarzą ukrytą w dłoniach, łokcie na stole, i łkając powtarzałeś w kółko: „To ja mam wnuka, to ja mam wnuka..." Pierwszy i jedyny raz w życiu zobaczyłem, że masz jakieś ludzkie uczucia.

Dwa lata później, tuż przed twoją śmiercią, gdy cię odwiedziłem wracając z gór, spytałeś mnie, żegnając: „A powiedz mi synu, tę wódkę to ty jeszcze pijesz?" Z dumą mogłem powiedzieć: „Nie ojciec, od ponad roku jestem trzeźwy. Nieprzerwanie. Chodzę do AA". Uścisnąłeś mnie i powiedziałeś: „To dobrze, tak trzymaj, tak trzymaj." Trzymam się, dlatego, że ja chcę, nie ty. Już szesnaście lat. Może ty zresztą zabiegasz o jakieś wsparcie dla mnie z tamtej strony... Doceniam to twoje docenienie mnie na kooniec.

Mam w sobie jakieś ciepłe uczucia do ciebie, chwilami miłość, chwilami litość. Z niespełnionej tęsknoty za ojcem. Z palącej potrzeby mojego mózgu zbudowania połączeń nerwowych transmitujących miłość, bo przecież po twojej przemocy i całej chorobie mojego dawnego domu wykształciły mi się połączenia lęku, alertu, nieufności, zdrady itp. Teraz mozolnie się zmieniają pod wpływem całkiem innego typu doświadczeń niż tamte pierwotne. Nie zajmuję się przebaczaniem tobie; od tego jest Bóg i jesteś w dobrych rękach. Te ciepłe uczucia wobec ciebie, ta niespełniona tęsknota za ojcem i pojednaniem w duchu, o wiele za długo blokowały mnie w chwyceniu za klawiaturę. Chociaż „zamordowałem" cię parę razy na terapii, wypłakałem smutek i żal, to do rozliczenia się z przeszłością potrzeba mi jeszcze napisania tego listu.

Teraz mam nadzieje to następuje. Zajmuję się tym, aby pozbierać się w całość z tego, co zafundowałeś mi ty, matka i w dalszej kolejności inni dewianci i napastnicy. Bo gdyby nie twoje, matki i babci (tego zbiornika z trucizną) wychowanie, nie tknęliby mnie inni oprawcy; gdyby nie ta „opieka", nie miałaby do mnie dostępu we Wrocławiu ciotka matki z ostrym zespołem Munchausena (siostra babci), przychodząca nocą, zadająca mi fizyczny ból i dusząca mój dwu i pół letni krzyk poduszką; Nie miałby dostępu do mnie jej mąż, uznany profesor rolnictwa, który wykorzystywał nad ranem mój odruch ssący do masturbowania się i szczytowania, gdy profesorowa, ciotka matki, wycierała mi buzię rano z komentarzem: „umazał się wczoraj kleikiem".

Gdybyś był ojcem i troszczył się o mnie, nie miałby dostępu do mnie kochanek matki, któremu sprzedała mnie za pieniądze, 2-3 letniego, i który się mną zabawiał seksualnie do woli; trzech wyrostków, którzy latem na wakacjach gwałcili mnie i torturowali po zagajnikach gdy miałem cztery i pięć lat, ksiądz uczący mnie religii, który gdy miałem siedem i pół roku zgwałcił mnie oralnie, przynajmniej w dwóch „odsłonach"; inny kochanek matki w wieku ośmiu lat, od którego niosłem dla njej kopertę z pieniędzmi za moje „usługi;" ani obleśny dziad na wakacjach (analnie, w krzakach za stodołą gdy miałem osiem i pół roku); pedofil w szatni na basenie gdy miałem dwanaście (via wzajemna masturbacja); starsza kuzynka molestująca mnie gdy miałem trzynaście / czternaście. Ten ciąg trwał i później: napastowali mnie gitowcy gdy miałem dziewiętnaście lat, molestowała terapeutka uzależnień, via stosunek przez ubranie, gdy miałem trzydzieści osiem. (Zaprosiła mnie na materace, gdzie miałem odreagować duszącą mnie złość do matki, zrobiła masaż, ułożyła mnie na plecach i siadła na mnie okrakiem, „punkt" w „punkt." Masowała mi ramiona, unosząc się i opadając, ale stymulacja dotyczyła genitaliów. A po wejściu z nią do sali, zdziwiłem się czemu przekręca zamek od środka).

Nauczyłeś mnie, Jurku (nigdy nie mówiłem do ciebie tato), że jestem nikim i sobie nie poradzę. Nauczyłeś mnie, że żyję po to, aby inni mogli się na mnie wyżywać. Nauczyłeś mnie, że nie zasługuję na najmniejsze dobro ani odruch współczucia. Zniszczyłeś moje poczucie mocy i zdolność do elementarnej obronnej reakcji. Zniszczyłeś zdolność dostrzegania, gdy jestem krzywdzony. Systematycznie nasączałeś mnie bólem, lękiem, wstydem, poczuciem winy, nienawiścią, poniżeniem i odrzuceniem. Wszystko w dobrych intencjach - aby „wykierować mnie na ludzi." Według ciebie, daremnie...

Otóż mam dla ciebie dobrą nowinę: wykierowałem się jednak na ludzi. Sam. Z pomocą Opatrzności, innych ofiar i lat terapii. Bez twojej „pomocy". Pomimo twojego wkładu. Z tym wszystkim, co mi zrobiłeś i czego zaniechałeś, praktycznie nie powinienem był się podnieść. Mogłem zginąć w uzależnieniach i dysfunkcjach, w psychiatryku lub potraumatycznym zmarnieniu. Przeżyłem. Nie udało się – ani tobie, ani matce, ani babci, wspomaganym innymi oprawcami – zniszczyć mnie ostatecznie. To jest moja zemsta na tobie i na was. Powstałem, ocalałem, odrodziłem się i jestem z tego dumny. Zwracam ci twój wkład. Bez oprocentowania.


TULO
marzec 2004


1 Odkrywca krętka bladego, przyczyny kiły.
© 2007-2008 KONIEC MILCZENIA.